Płyty

Columbus Ensemble, columbus ensemble

numer katalogowy: DSM#3

data wydania: 2002-04-07

utwory

  1. filmowy
  2. ingrid
  3. a dla ciebie to
  4. kanada
  5. kosmos
  6. kant-ry
  7. na koniec plik audio

info

Po raz trzeci daje znać o sobie Dead Sailor. Po noisowych Thing i For Her Pleasure przyszła kolej na coś innego. Czy jest coś oprócz noise ? Jest soft. Ale jest też Columbus Ensemble. Pod tą nazwą skryli się muzycy Thing. Wyrzucili przestery, przykręcili gałki we wzmacniaczach, skombinowali trębacza. Odkryli na nowo brzmienie swoich instrumentów.

"......Spiller post-rock jazz influences..." tak opisywano tą muzykę na plakatach z wiosennej trasy po Danii i Niemczech. Sesję uchwycił jednego popołudnia pamiętnej daty 1 go września na strychu w Sopocie Marcin Dymiter i czuwał nad dźwiękiem do samego końca.

Nakład jak zwykle dla Dead Sailora bardzo limitowany a szczęśliwi posiadacze poprzednich wydawnictw niech wiedzą, że Thing  nie zahałasuje już nigdy.

recenzje

recenzja Nuta.pl

Niezmordowani dotąd, ostatni chyba błędni rycerze klasycznego noise-rocka spod znaku Touch & Go, pomorski Thing, padli w walce. Szkoda, bo dwie płyty tego świetnego, a nigdy właściwie nie docenionego zespołu przynosiły tak esencjonalne i tak rasowe ujęcie gatunku, że bez problemów (a może nawet lepiej) poradziłyby sobie na rynku Zachodnim. Z drugiej jednak strony jest faktem, że był to również noise bardzo silnie osadzony w stylistyce Shellac, a ta, mimo swojej pojemności, stwarza jednak pewien schemat, który należałoby przekroczyć.
Columbus Ensemble jest właśnie tą próbą przekroczenia. W składzie grupy znaleźli się muzycy Thing, przy czym gitarowe dotąd instrumentarium wzbogaciło się o brzmienie trąbki. Ten prosty zabieg, przyniósł w praktyce ciekawe konsekwencje. Rozimprowizowany, jakby postrzępiony, starannie unikający melodii sposób gry trębacza Pawła Możejko, wymógł na pozostałych muzykach odejścia od konwencji "ściany gitarowego hałasu". Utwory częściej przybierają postać nie do końca spójnych, za to niezwykle spontanicznych i żywiołowych instrumentalnych wygibasów, ocierających się nawet o szaleństwo free rocka. Korekcie poddano siłą rzeczy również brzmienie. Tu znów na wysokości zadania stanął niezastąpiony Marcin Dymiter, który nie starał się na szczęście zostać Stevem Albinim.
Mimo, że grania riffowego pozostało w muzyce Columbus Ensemble wiele, nabrało ono jednak tym razem jakby łagodniejszego, minimal rockowego posmaku. Ktoś podobno określił tę muzykę "gruźliczym post rockiem z elementami jazzu". Jeśli o mnie chodzi, post rocka słyszę tu tyle co kot napłakał, z gruźlicą i elementami jazzu godzę się jednak bez oporów. Tyle, że nie post rock, a mimo wszystko noise - odmieniony, szukający nowego oblicza, przystępniejszy... ale jednak noise.

Wojciech Wysocki, Nuta.pl [2003-01-07]